W Sudetach Środkowych


Ja to chyba niedługo całkiem zapomnę, jak góry wyglądają. Na szczęście nadarzyła się wreszcie możliwość wyjazdu, z której należało skorzystać. Kuszą nowo wytyczone szlaki w południowej części Wzgórz Lewińskich, okazało się też, że Menel dysponuje wolnym weekendem. Festiwal wykrętów wyczerpany, więc trudno, trzeba było pojechać.

03.07.2020r.: Lewin Kłodzki - Pańska Góra

Pierwotnie miałem zamiar dotrzeć do Lewina busem, ale "Beskid" dostał koronasraczki i kurs o 11:10 z Wrocławia wypadł z planu. Wobec powyższego, na dworcu zjadłem sobie jeszcze obiad, wypiłem kawę i kompletnie przeładowanym szynobusem dotarłem na miejsce krótko przed piętnastą. Dawno nie byłem w trasie, więc przepak zabiera mi chwilę czasu, jakaś pomniejsza pasza i mknę już asfalcikiem do Jarkowa. W miejscowości odbijam na szlak żółty. Podejście w kierunku Borowej (701 m) częściowo otwartymi terenami. Micha mi się cieszy, jest dobrze:



Szlak dociera do granicy. Wychodzę na grzbiet i idę zajrzeć na czeską stronę:


Schodząc z Borowej do Taszowa, natrafiam na przepiękną łąkę. Nie forsuję organizmu, zdecydowałem się na dłuższą nasiadówę wśród traw:




W Taszowie uzupełniam wodę w pierwszym obejściu, w którym ktoś się krząta. Sądząc po ilości rozpoczętych budów, odnoszę wrażenie, że niedługo miejscowość stanie się modnym punktem wypoczynku dla wszelakiej maści "krawaciarzy". Zachęcam do wizyty, póki jeszcze jest tam cisza i spokój. Zwolenników pobytów stacjonarnych zapewne ucieszy wiadomość, że we wsi działa udzielający noclegów gościniec. Nie ma natomiast sklepów - najbliższy znajduje się w czeskich Oleśnicach, względnie w Lewinie. Jestem nieco zaniepokojony chmurami wyglądającymi na burzowe, decyduję się zatem na przyspieszenie kroku. Niebieskim szlakiem, biegnącym poniżej zbocza Kościelnej Góry, kieruję się na czeską stronę mocy:


Szast prast i jestem już w Oleśnicach. Bardzo przyjemne miasteczko, można i zjeść ciepły posiłek, i zrobić zakupy. Ja ograniczam się jedynie do uwalenia czterech liter na rynkowej ławce, z widokiem na lokalny urząd gminy:


Mam wykupioną rezerwację na Pańskiej Górze, więc nie muszę się zbytnio spieszyć. Obserwuję poczynania lokalsów, rzuca mi się w oczy także parka, która wnioskując z kierunku marszu oraz wielkości plecaków, robi Szlak Aloisa Jiraska.

Wypadałoby się wreszcie ruszyć. Zmieniam kolor szlaku na zielony i powoli zmierzam w stronę Pańskiej Góry. Te tereny są dla mnie zupełną nowością, więc z uwagą chłonę otoczenie:


Wieża widokowa na Feistuv Kopcu jeszcze nieczynna, zatem nie zawracam sobie nią głowy i po krótkim podejściu docieram do połączenia z czarnym szlakiem, biegnącym z Lewina Kłodzkiego. Dalej już w miarę po płaskim i wychodzę na otwarty teren. Widokowo w pyteczkę, ruchu turystycznego zero. Góry Orlickie cieszą oko.



Szlak prowadzi nieco poniżej wierzchołka, odbijam zatem na szczyt (782 m):


Na nocleg schodzę trochę niżej i rozbijam namiot po czeskiej stronie. W trakcie kolacji towarzyszy mi zachód słońca:


Wieczorna toaleta i idę w kimę, zmęczony jestem.

04.07.2020r.: Pańska Góra - Parking w Batorówku

Rano nie mam parcia na czas, więc wstaję sobie spokojnie przed siódmą. Dziś do imprezy dołącza Menel, ustaliliśmy wcześniej, że spotkamy się w schronisku PTTK "Pod Muflonem", a potem pomyślimy co dalej. W spokoju pochłaniam śniadanie i zabieram się za uprzątanie bałaganu:


Trochę wilgoci w powietrzu wisi, ale kondensacja nie była zbyt dokuczliwa. Krótkie zejście lasem do drogi asfaltowej, w okolicach Rozdroża nad Kozią Halą tu i ówdzie pokazują się widoki:



Przewagę czasową mam na tyle sporą, że idę tak wolno, jak to tylko możliwe, a i tak mieszczę się w wartościach określonych na szlakowskazach. Najwyżej zrobię sobie dłuższą nasiadówę pod schroniskiem, wszystko ma swoje plusy. Schodzę do Dusznik-Zdroju i kręcę się nieco w okolicach sanatorium Jan Kazimierz:



OK, uciekam. Wszystko to bardzo ładnie wygląda, ale ja nie nazywam się Hans Castorp. Pakuję się na szlak żółty, idę już do schroniska i zobaczę co w trawie piszczy. Panorama na Duszniki daje radę:


Podejście jest bardzo krótkie i po chwili osiągam już mój cel. Na powitanie wyszedł mi przyjaźnie nastawiony kot:


Schronisko również prezentuje się przyzwoicie:


Platforma widokowa także godna uwagi:


Decyduję się na odpięcie karimaty i zalegnięcie na chwilę, podsuszenie namiotu również byłoby wskazane:


Z odpoczynku wyrwał mnie głos Menela. Witamy się i stwierdzamy, że na głodniaka to my chodzić nie będziemy. Idziemy zatem do środka zamówić sobie jakąś paszę, padło na bigos. W razie "w" sfociłem jeszcze schroniskowe menu:


Przy bigosie z grubsza ustalamy, że będziemy się chcieli dostać do Wambierzyc, a szczegóły dogramy po drodze. Wstępnie natomiast atakujemy żółty szlak do Złotna. Schodzimy zatem z powrotem do Dusznik i, przy lejącym się z nieba ukropie, idziemy w kierunku dworca PKP.

Nie spieszymy się. Na łąkach za Ceglaną Górą (607 m) mój organizm stanowczo domaga się wody, wykorzystujemy zatem ten pretekst do zalegnięcia w trawie. Napojeni, drapiąc się po łepetynie, stwierdzamy, że przegapiliśmy odbicie szlaku i poszliśmy nie w tę stronę. Chodzi mi po głowie myśl, aby skrócić sobie drogę idąc pastwiskiem, ale zainstalowany na ogrodzeniu pastuch elektryczny nie skłania do czynów zuchwałych. Cofamy się zatem tą samą drogą, przy okazji podziwiając panoramę znad Złotna:


Można się i z kucykami pobawić:


Za Złotnem krótki odcinek asfaltowy, rzut okiem na skalne grzybki:


Nieco dalej Menel zauważa położoną w pewnym oddaleniu od szlaku skałkę, decydujemy się na nią wejść i co? Taak, przerwa. Kilometraż urobimy dziś nieprawdopodobny. Rozprawiając o tym i o tamtym, stwierdzamy, że przydałoby się uzupełnić gdzieś wodę - tym bardziej, że chodzi nam po głowie mały nielegal na Skale Józefa.

Kontynuujemy trasę. Zachodzimy do niedalekiej posesji z prośbą o kranówę, w odpowiedzi gospodarz wręcza nam dwie butelki mineralnej. Miło. Odbijamy w gąszcz:


Mijamy Górę Anny, urokliwego położenia nie można tej osadzie odmówić:


Atakujemy grzbiet, z zamiarem dojścia na Skałę Józefa (680 m). Podejście upływa niespodziewanie szybko i zarządzamy dłuższy postój. Skała stanowi bardzo dobry punkt widokowy na Góry Bystrzyckie, ale to już chyba długo nie potrwa - za kilka lat miejsce zarośnie młodnikiem i tyle z tego będzie:


Przy okazji strzelamy sobie fotkę typu "kto zrobi głupszą minę" ;)


Dumamy nad noclegiem i dochodzimy do wniosku, że nic tu po nas. Po pierwsze - za wcześnie, po drugie - wychłeptaliśmy już większość zapasu wody. Decydujemy się na zejście do Batorówka, gdzie znajduje się bardzo gościnny parking - odpoczywałem na nim w zeszłym roku, schodząc ze Skalnych Grzybów do Polanicy. Idziemy drogą krzyżową, podziwiając jednocześnie poniemieckie kamienne słupki:


Zachodzimy również do kaplicy św. Anny:


Po chwili jesteśmy w Batorowie. Miejscowość okazała się chyba lokalnym zagłębiem graciarzy, moją uwagę od razu przykuł nieźle utrzymany ZIŁ 130:


Nieco dalej stało także Mini w stanie rozkładu, niestety nie zrobiłem foty. Do Batorówka docieramy żółtym szlakiem i dość szybko jesteśmy na miejscu. Bezceremonialnie rozwalamy się na ławach i zabieramy się za kolację, udało mi się chwycić Menela z zaskoczenia:


Uzupełniamy wodę w leśniczówce i zastanawiamy się, co dalej. W wiacie obok jakaś rodzina pali ognisko. Po dłuższej chwili ekipa wraca do domu, więc dorywamy się do paleniska. Okazało się również, że Menel ma w plecaku zabunkrowaną giętą, zatem sytuacja uratowana. Czas na małe Conieco:


Po wciągnięciu wursta decydujemy się na rozbicie namiotów, fot. Menel:


Z cyklu "ku pamięci", fot. Menel:


Kręcimy się jeszcze tu i ówdzie, ale zaczyna dopadać nas senność. W okolicach 22:30 ostatni płomień zgasł, idziemy spać.

05.07.2020r.: Parking w Batorówku - Wambierzyce

Trasa na dziś znów lajtowa, więc rano obijamy się tak długo, jak to tylko możliwe. Sen do oporu, śniadanie, pogaduchy rozwleczone maksymalnie. Miejsce naszego pikniku:


Imprezę zamierzamy skończyć w Wambierzycach. Znad gorącego napitku ustalamy, że kontynuujemy szlak żółty, nie ma sensu zmieniać czegoś, co się sprawdza. ;) Graty spakowane, ostatni rzut oka czy piła do drewna znajduje się na swoim miejscu, ruszamy. Po krótkim marszu docieramy do skrzyżowania pod Rogaczem i aż przysiadamy z wrażenia, bo przycupnęła tutaj wiata nówka funkiel nieśmigana:


Całość pachnie nowością, zaglądamy do środka i kolejne zaskoczenie - wewnątrz znajdują się leżanki!
 

No nie, musimy się tu zatrzymać na dłuższą chwilę. Gdyby tylko zrobiono tutaj stryszek, powstałby lokal przebijający funkcjonalnością tego w rezerwacie Puszcza Śnieżnej Białki. Oglądamy hacjendę to z jednej strony, to z drugiej, konstruktorzy zapodali również tablicę do wpisów pamiątkowych - mam nadzieję (he he), że wreszcie się skończy gryzmolenie po wiatach:


Od rozdroża idziemy szlakiem czerwonym w stronę Studzienna. Krótki postój robimy przy topolach Maria i Józef, między którymi ustawiono krzyż przydrożny:


W pewnym momencie odbijamy z trasy i do skrzyżowania szlaków zielonego i czerwonego idziemy skrótem. Owy skrót oferuje widoki na Wzgórza Włodzickie i Góry Sowie, nadto pozwala zaoszczędzić nieco różnicy wysokości:


Docieramy do Golca (502 m) i dalej już czarnym szlakiem bezpośrednio do Wambierzyc. Idziemy przez pola, nagrzana roślinność daje nam popalić:



Uwalamy się przy kapliczce na Wzgórzu Synaj, 410m. Panorama na Wambierzyce daje radę:


Zaglądamy również do środka:



Schodzimy już do miejscowości. Koniec trasy. W ramach uczczenia tego wiekopomnego faktu, idziemy na obiad do Karczmy u Kowala, gdzie raczę się znakomitą pomidorówką i kotletem drobiowym. Po obiedzie, odbiera nas Dagmara, która podrzuca mnie do Wrocławia, gdzie przesiadam się na pociąg. To był znakomicie spędzony weekend w interesującym terenie, dopisało zarówno towarzystwo, jak i pogoda. Z podziękowaniem dla Menela za wspólne trudy ;) wędrówki, jak i transport w drodze powrotnej, oby następne spotkanie nastąpiło szybciej, niż za rok.


Komentarze

  1. Nocleg na Pańskiej Górze muszę nadrobić, nawet jesienią :)) Dave, naprawdę mieliśmy dobrą pogodę na wspólnej imprezie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nocleg na PG jest w pytę, ta wysoka, sprężysta trawa daje naturalny komfort. Tylko trzeba w warun utrafić, bo po deszczu spore bajoro tam może być.

      Usuń
  2. Jak już pisałem u menela, wiata pierwsza klasa. Trza odwiedzić.

    Pierwszy dzień Twojej wędrówki bardzo widokowy, muszę przyjrzeć się tym terenom i może coś wybiorę na wycieczkę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Red, nie powinieneś się rozczarować. Nie dość, że widokowo w pytę, to jeszcze na dodatek nikt tam nie chodzi.

      Usuń
  3. Miła lektura i swojskie klimaty, na myśl o "giętej" skręciło mnie w żołądku, a za menu szczególne dzięki, bardzo wciągające... :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj w moich skromnych progach. :) Dzięki za opinię; a w Szwecji słabo karmią, że takie odczucia masz? :)

      Usuń
    2. Nie, w sumie nienajgorzej, ale metabolizmu nie oszukasz, a giętych z ogniska to tu nie ma!

      Usuń
    3. Cóż mogę Tobie napisać. Pozostaje mi jedynie kibicować zza monitora. ;)

      Usuń
  4. Bardzo fajna historia z wakacji, uzupełniona o urocze zdjęcia krajobrazowe, szczególnie przed zachodem słońca i grupę koni. Bardzo imponujące.

    Pozdrowienia z Indonezji, Dave.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Terima kasih telah berkunjung, senang bertemu dengan Anda. Salam dari Polandia!

      Usuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

Śpiwór puchowy Aegismax Nano L - pierwsze wrażenie

Izery na szaro